To nie nowomodne desery, ale tradycyjne, regionalne smaki przyciągają największe tłumy na Jarmarku św. Dominika oraz na licznych imprezach plenerowych w całym kraju. Chociaż nazwa tych placków na początku wywołuje lekki uśmiech lub zawstydzenie u osób, które słyszą ją po raz pierwszy, wystarczy jeden kęs, by zrozumieć fenomen tego specjału.
Dziś na jarmarkach coraz wyraźniej widać ciekawy i obiecujący trend. Chociaż kolorowe, mocno reklamowane nowinki i instagramowe trendy kuszą na każdym kroku, to ostatecznie największe i najdłuższe kolejki ustawiają się pod stoiskami z dawnymi, tradycyjnymi daniami. Turyści i mieszkańcy chętnie wracają do korzeni, szukając prostych, autentycznych smaków. Wśród nich niekwestionowanymi królami pomorskich festynów są kaszubskie ruchanki.
WIDEOPodpatrzyłam, jak pieką wafle. Te z budki mogą się schować
Czym tak naprawdę są ruchanki?
Dla osób spoza regionu nazwa może brzmieć dość kontrowersyjnie, ale kryje się za nią tradycyjny wypiek dawnych gospodyń z Kaszub. Nazwa wywodzi się bezpośrednio od słowa "ruszać się" – co w lokalnej gwarze odnosiło się do ciasta drożdżowego, które podczas wyrastania "ruszało się" w misce.
Tradycyjnie ruchanki przygotowywało się z resztek ciasta chlebowego lub klasycznego ciasta drożdżowego. To małe, puszyste placuszki i racuchy smażone na głębokim tłuszczu na złocisty kolor. Chrupiące z zewnątrz, z idealnie miękkim, wyrośniętym środkiem.
Żeby tradycji stało się zadość, usmażony placek posypuje się cukrem pudrem lub polewa specjalnym dodatkiem. I tu pojawia się kolejna regionalna nazwa, która potrafi zaskoczyć – tradycyjną polewą jest bowiem fjut. To gęsty, ciemny, słodki syrop o głębokim, karmelowym aromacie, uzyskiwany z długo gotowanego soku z buraków cukrowych. Był alternatywą na trudne czasy, gdy cukier rzadko gościł w domach.
Pysznie, sycąco i w dobrej cenie
Pod stoiskiem serwującym ten kaszubski przysmak nieustannie panuje ruch. Zapach świeżo smażonego ciasta drożdżowego roznosi się po całej okolicy, skutecznie kusząc przechodniów.
W wersji rozszerzonej, czyli za solidną, ciepłą porcję ruchanka obficie polanego fjutem i posypanego cukrem pudrem zapłacić trzeba 21 zł. Porcja jest naprawdę duża, pożywna i spokojnie pozwala zaspokoić głód, który zaczyna doskwierać podczas spaceru po jarmarku. W przeciwieństwie do mocno wycenianych hitów, jak malutki kubeczek truskawek w czekoladzie za kilkadziesiąt złotych, po zjedzeniu ruchanka człowiek nie ma poczucia, że mocno przepłacił za wakacyjny kaprys. Płacimy tu za uczciwy, tradycyjny wypiek, który może uciszyć burczenie w brzuchu i smakuje przy tym naprawdę dobrze.